czwartek, 29 sierpnia 2013

Edukatorzy kapitalizmu. Mieć czy być - pytanie bardziej aktualne niż kiedykolwiek...


Oglądaj w sieci: Za darmo w iplex - Edukatorzy

Cytat do zapamiętania: Niektórzy ludzi nigdy się nie zmienią.

Ciemne strony kapitalizmu

Gdy upadał komunizm, kapitalizm wydawał nam się ziemią obiecaną. Z czasem okazało się, ze kapitalizm nie jest takim różowym systemem - ma również swoje brzydkie oblicze. Stąd pojawiło się nowe pokolenie rewolucjonistów walczących z niepohamowaną konsumpcją i światem wielkiego biznesu. Tytułowi Edukatorzy to młodzi niemieccy rewolucjoniści.

Mieć czy być - oto jest pytanie...

Dzisiaj Edukatorzy Weingartnera są nawet bardziej aktualni niż podczas swojej premiery w 2004 roku - obecny kryzys finansowy, który spowodował kryzys zaufania do kapitalizmu sprawia, że pytania podjęte w tym filmie są bardzo aktualne. Mieć czy być? Czy obecny system kapitalistyczny jest zły? Idealizm kontra pragmatyzm - to zderzenie ciekawie jest tutaj sportretowane. I wypada tylko żałować, że Weingartnerowi zabrakło trochę konsekwencji i momentami film wydaje się być trochę naiwny. Na szczęście jedynie momentami. Może film nie jest tak głęboki jak mógłby być, ale ciekawie zarysowuje ten tematykę sprzeciwu wobec konsumpcjonizmu.

Edukatorzy - rewolucjoniści kiedyś i dzisiaj

Film nawiązuje do ideałów lewicy i rewolucyjnych ruchów końca lat 60. i początku 70. Scenariusz Edukatorów napisali wspólnie Hans Weingartner i Katharina Held, twórcy Free Rainer - późniejszego filmu o podobnej rewolucyjnej tematyce. Weingartner zderza dzisiejszych młodych ludzi z początków XXI wieku z bogatym biznesmenem, który kilka dekad wcześniej sam był rewolucjonistą i buntownikiem. Niemiecki reżyser próbuje pokazać, jak młodzieńczy idealizm z czasem zmienia się w przyziemny pragmatyzm, sprawnie zestawiając dzisiejszych młodych anarchistów z dawnymi buntownikami lat 60. Historia bardzo wciąga - to wreszcie film o czymś, a nie o niczym jak niestety większość naszych rodzimych produkcji.


Edukatorzy = Mission Impossible?

Ten konflikt pomiędzy byciem a posiadaniem jest tu bardzo ciekawie zarysowany. W filmie troszeczkę jednak razi nieco naiwny ton. Zwłaszcza zakończenie zupełnie nie pasujące do filmu przypominające sekwencję żywcem wyjętą z cyklu Mission Impossible. Historia zdecydowanie wciąga - to wreszcie film o czymś, a nie o niczym, jak niestety większość naszych rodzimych produkcji takich jak np. polskie 33 sceny z życia.


Niemieckie aktorstwo siłą Edukatorów

Największą zaletą filmu poza samą historią je przyciągające uwagę aktorstwo - Daniel Bruhl znany z Goodbye Lenin i Juia Jenscth z Sophie Scholl to dwójka najbardziej utalentowanych młodych niemieckich aktorów. Oboje dają koncertowy aktorski popis tworząc niezwykle atrakcyjną parę.

Ciekawostka: Niemiecki tytuł Edukatorów czyli Die fetten Jahre sind vorbei to główne hasło padające w filmie Dni waszego bogactwa są policzone.


Ocena fidelio de krytyka: 3/5

+ utalentowani młodzi niemieccy aktorzy (Daniel Bruhl i Julia Jentsch)
+ historia na czasie
+ pasująca muzyka

- trochę niekonsekwentna reżyseria, naiwność niektórych scen

Dla kogo: dla wszelkich buntowników, anarchistów, alterglobalistów, rewolucjonistów i wszystkich tych, którzy nielubią dzisiejszego kapitalizmu

Krytycy: Film został dość ciepło przyjęty przez krytyków - Edukatorzy otrzymali 69 proc. pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes.

Kiedy: 28 sierpnia, 21:50 w TV KULTURA
Premiera w Polsce: 20 maja 2005 r.



Film dostępny także w serwisie iplex.

Mariusz Koryszewski - fidelio de krytyk

wtorek, 20 sierpnia 2013

Legionista - męska przygoda w Afryce bez wywijania kończynami JCVD

Oglądaj w sieci: za darmo w iplex - Legionista


Filmy z Jean Claude Van Damme - nadwornym kopaczem ery VHS, to zazwyczaj mniejsze lub większe przeciętniaki w złym guście, które zazwyczaj stanowią pretekst do efektownego machania kończynami w tanecznym rytmie, co do perfekcji opanował ten belgijski aktor.

Filmy z JCVD - jeden, by wszystkie obejrzeć?

Jeżeli obejrzysz jeden film z JCVD, to tak jak byś obejrzał wszystkie. Ale nawet w jego karierze są chlubne wyjątki. Taki był na pewno Krwawy sport i Lwie Serce. O te wyjątki zahacza także Legionista. Film został jednak zrobiony przez ekipę odpowiedzialną za kiczowate, wybuchowe megawidowisko Rambo 3 - Peter Macdonald (reżyser) i Scheldon Lettich (scenarzysta). Ten drugi Pan jest dobrym znajomym JCVD i zrobił z nim wiele filmów m.in. bardzo dobre, poruszające Lwie Serce.

JCVD kopie piasek w Afryce

Legionista jest trochę inny niż typowy sort filmów Van Damme'a. Tym razem JCVD też kopie, ale w Afryce piasek saperką. Nie ma tu nawalanki, a JCVD nie jest niepokonanym herosem obijającym facjaty setkom wrogów, lecz zwykłym facetem, który uciekł od trudnej przeszłości w Europie do Legii Cudzoziemskiej w Afryce.


Legionista to męska przygoda zamiast kopania

Legionista to bardziej film o francuskiej Legii Cudzoziemskiej, o męskiej przyjaźni na pustyni, honorze i budowaniu więzi między ludźmi w trudnych sytuacjach. To po prostu męska przygoda, a nie film karate. Film opowiadający o twardym, trudnym świecie mężczyzn gdzieś daleko na pustyni, otoczonych przez wrogów. Przeciwnikami są brak wody, żarzące słońce, nagrzane tony piasku i sadystyczni dowódcy. Przeciwnicy są także, ale to już dopiero w finale. Jeżeli oglądaliście film Wzgórze Sidneya Lumeta z Seanem Connery - to zauważycie na pewno, że film ewidentnie nawiązuje do tamtego znakomitego obrazu z 1965 roku.

Legionista zszedł ze Wzgórza

Jednak, żeby nie było tak dobrze - Legionista to jedynie próba zrobienia trochę ambitniejszego dramatu sensacyjnego w przygodowej otoczce. Peter MacDonald to jednak nie Lumet, a sam Legionista to ostatecznie dość przeciętna sensacja. Reżyser nie wykorzystuje szansy, jaką dał momentami naprawdę nieźle napisany skrypt, by zrobić coś więcej niż zwykły przygodowo-wojenny obraz. A szkoda.

Dla kogo: Tylko dla fanów JCVD i tych, którzy chcieliby zobaczyć aktora w roli niekopanej

Ocena fidelio de krytyka: 2/5

+ całkiem niezły scenariusz bez kopaniny
+ JCVD próbuje tutaj grać i to z niezłym rezultatem

- przeciętna, VHS-owa, pozbawiona polotu reżyseria
- nieciekawa muzyka

Box Office: Legionista nie był sukcesem - w USA wszedł od razu na DVD z pominięciem kin i zarobił tam ok. 15 milionów USD (budżet wynosił 20 milionów USD).

Krytycy: Krytycy przyjęli obraz bardzo słabo (jak większośc filmów JCVD) - Legionista na Rotten Tomatoes film ma jedynie 28 proc. pozytywnych recenzji



Kiedy w TV: wtorek, 20:05, Polsat
Film dostępny jest w serwisie iplex.

Mariusz Koryszewski - fidelio de krytyk

niedziela, 18 sierpnia 2013

Traumatyczna Grbavica - podczas wojny kobiety płacą najwięcej...

Oglądaj w sieci: za darmo w iplex - Grbavica

Grbavica - Wojenna trauma w czasie pokoju

Grbavica to największy sukces kina z terenów byłej Jugosławii od czasu wielkiego sukcesu Underground Kusturicy. Debiutancki film Jasmili Zbanić zdobył Srebrnego Niedźwiedzia w Berlinie dla
najlepszego filmu w 2006 roku, ale czy na niego zasłużył? Nie żebym uważał, że ten film jest zły, bo tak nie jest.

Grbavica - nagrodzona, ale czy wielka?

Owszem historia opowiadana na ekranie ma duży ładunek autentyzmu. Grbavica to dzielnica Sarajewa - centrum wojny w byłej Jugosławii. Film pokazuje jak głębokie traumy wywołuje wojna zwłaszcza w kobietach, jednocześnie nie pokazując nawet na chwilę ani jednej sceny wojennej, nie pokazuje też samego gwałtu. Akcja Grbavicy dzieje się kilka lat po wojnie, w wydawałoby się normalnym już świecie. Relacja brutalnie zgwałconej podczas wojny matki z własną córką nieświadomą swojego pochodzenia - owocem tego gwałtu - jest kreślona bardzo, bardzo subtelnie. Zbanić nie popada ani w łatwy manieryzm ani w tani sentymentalizm. To duży plus.


Grbavica - zbyt prosta, zbyt zwyczajna, bez finału

A jednak... prostota tej historii, która jest jej zaletą, staje się też jednocześnie jej wadą. Ten film jest po prostu taki... zwyczajny. Historia jest zbyt prosta, by pozostać w pamięci. Reżyserka używa bardzo prostych środków wyrazu, brakuje jej własnego charakterystycznego stylu, właściwego wielkim twórcom. Prowadzi historię do punktu kulminacyjnego, który gdy wreszcie następuje, nie robi wielkiego wrażenia. Kiedy wydaje się, że film się zaraz rozpocznie, to Zbanić właśnie wtedy kończy swoją opowieść. Zostawia ją niedopowiedzianą. A w tym przypadku szkoda, bo pozostaje niedosyt.


Sama nawet najbardziej interesująca tematyka nie wystarcza. Trzeba jeszcze ją odpowiednio przekazać. Zbanić opowiedziała tę historię bardzo poprawnie. Tylko poprawnie. A można było pokusić się o więcej. To film z gatunku tych, które raz obejrzawszy, raczej już się do nich nie wraca. A szkoda, bo waga tego tematu zasługuje na wybitny film.

Ciekawostka: Grbavica, tytułowa dzielnica Sarajewa, w wolnym tłumaczeniu oznacza garbatą kobietę


Ocena fidelio de kytyka: 2/5

+ bardzo dobrze obsadzone role kobiece
+ kobieca subtelność przekazu i brak epatowania przemocą

- nie rozwinięty scenariusz (film jest za krótki, brakuje ważnej pointy)
- brak muzyki przenoszącej emocje
- takie sobie zdjęcia

Dla kogo: dla kobiet, dla ludzi zainteresowanych psychologią i tematyką traumy oraz miłośników obyczajówek
Nagrody: Srebny Niedźwiedź na festiwalu w Berlinie za najlepszy film
Krytycy: Grbavica została fenomenalnie przyjęty przez krytyków - w serwisie Rotten Tomatoes dostał aż 98 proc. pozytywnych recenzji.



Kiedy w TV: 14 sierpnia, 23.35 w TV KULTURA
Film dostępny także na iplex.

Mariusz Koryszewski - fidelio de krytyk

sobota, 17 sierpnia 2013

Niczego nie żałuję - Edith Piaf jak żywa w oskarowym wykonaniu Marion Cotillard


W sieci: Oglądaj film za darmo w serwisie iplex: Niczego nie żałuję - Edith Piaf

Edith Piaf - Marion Cotillard - czy to nie ta sama osoba?

Niczego nie żałuję - Edith Piaf (francuski tytuł to La Mome - znacznie krótszy i subtelniejszy) to biografia słynnej francuskiej piosenkarki - której życie przypominało American Dream, chociaż urodziła się we Francji - z największego społecznego dna na sam szczyt. Film to przede wszystkim oskarowy popis Marion Cotillard, która bezbłędnie wcieliła się w Edith Piaf, wręcz stała się nią. Po obejrzeniu filmu trudno już rozróżnić prawdziwą Edith Piaf od Marrion Cotillard. Trzeba przyznać uczciwie, że pomogła w tym efekcie także nominowana do Oscara fenomenalna charakteryzacja.

Popisowa rola Cotillard...

Najpierw była łyżka miodu, teraz będzie beczka dziegciu. Niczego nie żałuję to poza kreacją francuskiej aktorki bardzo standardowy film biograficzny, momentami naprawdę nudny. O jego sukcesie zdecydowała jedynie kreacja Cotillard. która została uhonorowana Oscarem. Na plus tego filmu należy zaliczyć jeszcze fakt, że możemy posłuchać charakterystycznego głosu Edith Piaf, który przyniósł jej sławę. Także Edith Piaf, Marion Cotillard i... to wszystko. Reszta filmu jest do bólu przeciętna i przypomina zwykłe biograficzne opowiadanie - brakuje tu jakiejś większej inspiracji.


...ale na ekranie wieje nudą

Szkoda, że ten film napisał i wyreżyserował bardzo przeciętny twórca jakim jest Oliver Dahan. Zabrakło mu talentu, by dorównać kroku fenomenalnej Marrion Cotillard. Film wcale nie uważam za zły, tyko mógł być lepszy po prostu. Biografia nie polega tylko na beznamiętnym odtwarzaniu faktów. Od tego są książki historyczne. Zwróćcie uwagę, że większość biografii znanych ludzi trzyma się na silnych kreacjach aktorskich, a scenarzyści i reżyserzy (zazwyczaj przeciętni) podpinają się pod aktorski blask i znane nazwiska postaci, o których robią filmy.


Szalony wysyp biografii - czy filmy na faktach są lepsze niż historie fikcyjne?

Jeszcze uwaga natury ogólnej - zauważam dzisiaj jakiś taki dziwny brak wiary w opowiadane historie - jak coś jest na faktach, to od razu jest znacznie lepsze niż dobrze nakręcona historia fikcyjna (nawet gdy ten film na faktach jest gorzej zrobiony). Dlaczego nie wierzymy w historie fikcyjne? No tak przecież w przypadku biografii zawsze można powiedzieć - ale tak przecież było. Stąd pewnie wynika ten szalony wysyp biografii w ostatnich latach - szansa zauważenia i docenienia takiego filmu jest znacznie większa. Z jednej strony może to kryzys scenariuszowy - niektórzy twierdzą że scenarzyści nie mają już pomysłów i stąd biorą się za biografie, które są gotowymi scenariuszami. Ja uważam, że raczej jest odwrotnie. To raczej nasz brak wiary w dobre fikcyjne scenariusze o historiach, które mogłyby się wydarzyć, chociaż się nie wydarzyły, sprawia, że trochę ambitniejsi producenci stawiają na filmy na faktach. Jeżeli słabszy film na faktach od razu ma wyższą pozycję, to dlaczego scenarzyści mieliby się męczyć, tworząc fikcyjne historie, jeżli więkze szans ena suckes mają pisząc biografie? Nawiasem mówiąc, napisanie takiego scenariusza z głowy jest o wiele trudniejsze niż napisanie biografii czyjegoś życia.

Ocena fidelio de krytyka: 2/5

+ Cottilard Edith Piaf jak żywa w kreacji Marion Cottilard
+ klasyczne piosenki Edith Piaf, które budują muzycznie klimat filmu
+ klimatyczne zdjęcia starego Paryża

- pozbawiona inspiracji reżyseria - do filmu wkradają się długie chwile nudy
- scenariusz trochę pozbawiony inwencji

Nagrody: Oscar - Marrion Cotillard (najlepsza aktorka); Złoty Glob - najlepsza aktorka Marrion Cotillard
Krytycy: Film został dobrze przyjęty przez krytyków - Niczego nie żałuję - Edith Piaf na Rotten Tomatoes zebrał 74 proc. pozytywnych recenzji.

Ciekawostka: to trzeci najbardziej kasowy film francuski w USA (wyprzedzają go tylko Amelia i Braterstwo wilków)



Kiedy: Sobota, 17.35, TV Kultura

Mariusz Koryszewski - fidelio de krytyk

czwartek, 15 sierpnia 2013

1920 Bitwa Warszawska - dzisiaj cud nad Wisłą, który był dziełem... Józefa Stalina i kiczowaty film Hoffmana, który broni się jedynie w 3D

Dzisiaj jest rocznica słynnego Cudu nad Wisłą, chociaż z boskim cudem tak naprawdę wygrana bitwa pod Warszawą nie miała zbyt wiele wspólnego. O polskim zwycięstwie zdecydowały głównie 2 rzeczy - złamanie przez polskich kryptologów radzieckich szyfrów oraz przede wszystkim ... Józef Stalin. Tak, tak... To sam Stalin doprowadził do sytuacji, którą my teraz nazywamy Cudem nad Wisłą. bez jego chorej ambicji Polacy by nie zwyciężyli.


Stalin oblegający wtedy Lwów, zlekceważył z powodów ambicjonalnych rozkaz naczelnego dowództwa Armii Czerwonej odesłania swoich dwóch armii (w tym słynnej konarmii Budionnego). Miały one zabezpieczyć lewe odkryte skrzydło radzieckich wojsk szturmujących Warszawę pod dowództwem Michaiła Tuchaczewskiego. Stalin chciał być zdobywcą Lwowa, a jednocześnie nie pozwolić Tuchaczewskiemu ma sławę zwycięzcy. Stalin armii nie oddał i to właśnie tę lukę na lewym skrzydle Tuchaczewskiego wykorzystał polski plan kontrofensywy, który zakończył się ostatecznie klęską radzieckiej Rosji pod Warszawą. Stalin 19 lat później już jako dyktator naprawił swój wcześniejszy błąd, 17 września zemścił się na Polakach za porażkę sprzed dwóch dekad.

Więcej o Bitwie Warszawskiej z perspektywy historycznej dowiecie się pod tym linkiem.


To tyle historycznego wstępu - przejdźmy teraz do samego filmu Jerzego Hoffmana pod oczywistym tytułem 1920 Bitwa Warszawska. Co ciekawe, emitowany dzisiaj w telewizji film Jerzego Hoffmana w ogóle pomija mimowolny wkład Stalina w polskie zwycięstwo 1920. U Hoffmana mamy za to dużo patriotyczno-religijnego patosu i jednocześnie zbytnie wyolbrzymianie roli Józefa Piłsudskiego.

Adam Ferency - takiego bolszewika jeszcze nie widzieliście

- Towarzysz Dzierżyński jest od myślenia, my tylko dbamy o przepustowość - mówi czekista, którego fenomenalnie gra Adam Ferency w 1920 Bitwa Warszawska.


Dopóki jest ON na ekranie, magnetyzuje widza swoją grą, a gdy znika kończy się niestety dobry film. Niesprawiedliwością jest, że był jedynie nominowany do Orła za tę rolę, a nie otrzymał statuetki. Jerzy Hoffman robiąc 1920 Bitwa Warszawska też niestety dbał o przepustowość, tylko że w salach kinowych. Miał to być film dla każdego, zrobił film dla nikogo.


1920 Bitwa Warszawska - słabe strony filmu

Powodem porażki filmu 1920 Bitwa Warszawska jest okropny, pisany wręcz na kolanie scenariusz podpisany przez samego Hoffmana i Jarosława Sokoła. Film zaczyna się nieźle scenami w bolszewickiej Moskwie, ale zaraz potem zmienia się w jakiś kiczowaty koncert Nataszy Urbańskiej, potem następują szereg nachalnie patriotycznych podrygów, by wreszcie zakończyć się chaotycznym, patriotycznym, wysilonym happy endem. Do tego Hoffman trochę przesadził z rolą Józefa Piłsudskiego w bitwie o Warszawę. Film ocieka wręcz tandetnym patriotyzmem... I jeszcze ta scena z krzyżem wyreżyserowana w tak kiczowaty sposób...


Aktorstwo pół na pół - poza znakomitym Adamem Ferencym dobrze wypadł też Bogusław Linda, ale między Borysem Szycem, a Nataszą Urbańską żadna chemia niestety nie zaistniała. Daniel Olbrychski jest zbyt pomnikowy w roli Piłsudskiego. Sytuacji nie polepsza nieciekawa, nieinspirująca muzyka Krzesimira Dębskiego, któremu daleko do poziomu, jaki kiedyś pokazał w Ogniem i mieczem.


Bitwa Warszawska - nieudane Ogniem i mieczem z XX wieku

Jerzy Hoffman chciał upiec wiele pieczeni na jednym ogniu, robiąc takie dwudziestowieczne Ogniem i mieczem, a jak to wyszło to każdy widzi... Film jest fabularnie bardzo słaby i mocno niedopracowany.


Sławomir Idziak - piękne zdjęcia ratują film

Od całkowitej porażki 1920 Bitwa Warszawska ratuje Sławomir Idziak i jego fenomenalne zdjęcia. Bitwę Warszawską trzeba pochwalić za znakomite zdjęcia Idziaka, zwłaszcza w wersji 3D (vide - recenzja 1920 Bitwa Warszawska 3D).



1920 Bitwa Warszawska - słaby film, ale zaskakująco dobre 3D

Zupełnie inną ocenę należy wystawić wersji 3D tego filmu. 1920 Bitwa Warszawska warto zobaczyć jedynie w 3D - bo pod tym i tylko pod tym względem, film naprawdę robi wrażenie. A to zasługa fenomenalnych zdjęć Sławomira Idziaka - w polskim kinie bardzo rzadko możemy zobaczymy taki światowy poziom.

Poniżej znajdziecie link do recenzji filmu w wersji 3D:

1920 Bitwa Warszawska 3D - Trójwymiarowy Cud nad Wisłą - moja recenzja filmu w technologii 3D



Ocena fidelio de krytyka: 2/5

+ aktorstwo - zwłaszcza fenomenalny Adam Ferency rządzi i dzieli
+ znakomite zdjęcia 3D autorstwa Idziaka (robią większe wrażenie niż Avatar)

- okropna Urbańska i posągowy Olbrychski
- podlany patriotycznym, niestrawnym sosem scenariusz
- nieudolna reżyseria Hoffmana, która sprawia, że film ogląda się jak telenowelę
- bezpłciowa muzyka

Dla kogo: dla wiernych widzów tańca z gwiazdami, płaskich romansów i tych, którzy bezkrytycznie kochają filmy Jerzego Hoffmana



Kiedy w TV: Czwartek, TVP1, 20:25

W sieci: Film możecie też obejrzeć za darmo w serwisie iplex (poniżej link):

Oglądaj na iplex - 1920 Bitwa Warszawska na


Mariusz Koryszewski - fidelio de krytyk

niedziela, 11 sierpnia 2013

X-men 2 - dłuższy, pełniejszy, dojrzalszy - w ten sposób należy adaptować komiksy

Dzisiaj w telewizji Polsat leci finałowa odsłona trylogii o mutantach X-men - Ostatni Bastion. Zanim go obejrzymy, warto najpierw wcześniej zobaczyć poprzednika tego filmu X-men 2, gdyż Ostatni bastion zaczyna się w dokładnie w momencie, w którym kończy się X-men 2 i fabularnie jest mocno powiązany ze swoim poprzednikiem. X-men 2 emitowany był kilka dni temu w tej samej stacji.

X-men 2 - dłuższy, pełniejszy, dojrzalszy

Scenarzysta David Hayter dobrze czuję tematykę komiksową (adaptował też kultowych Watchmen) i wie, że w komiksach o mutantach nic chodzi tylko o banalną rozrywkę dla nastolatków. Reżyser Bryan Singer w X-men 2 nie musiał już przedstawiać zbyt wielu postaci, gdyż zrobił to w pierwszej części. Mógł więc spokojnie skupić się na akcji i problematyce współistnienia ludzi i mutantów.Sequel X-men jest także ponad 30 minut dłuższy od pierwszej części. Film kontynuuje tutaj rozpoczęte wcześniej wątki - erotyczną, subtelną fascynację istniejącą pomiędzy Jean Grey i Loganem (tak jak poprzednio rewelacyjny Hugh Jackman), rozgrywkę pomiędzy dawnymi przyjaciółmi Magneto i prof. Xavierem, problemy Rogue ze swoją mocą, powodującą samotność. Poznajemy też mroczną przeszłość Wolverine’a (polecam przeczytanie komiksu Weapon X, który o tym szczegółowo opowiada). Nie ma co się spodziewać jakiegoś bardzo głębokiego dramatu, bo X–men 2 to przede wszystkim świetnie zrobione, trzymające w napięciu kino akcji z elementami kina przygodowego, okraszone bardzo dobrym efektami specjalnymi (nie razi tutaj sztuczność efektów tak jak to niestety było w wielu komiksowych adaptacjach).


Nowe postaci, bardzo dobra obsada w X-men 2

W tej części możemy zobaczyć także nowe postaci nieobecne w pierwszej odsłonie serii – Nightcrawler, Pyro, Iceman.. Bardzo dużą siłą filmu jest dobrze dobrana obsada aktorska - Hugh Jackman (Źródło), Famke Janssen (GoldenEye), Anna Paquin (Fortepian), Hale Berry (Czekając na wyrok), Ian McKellen (Władca Pierścieni), Brian Cox (Troja) i Patrick Stewart (Star Trek). Naprawdę solidne aktorstwo wspierające fabułę.


X-men 2- przygodowe kino akcji, a w tle aktualny temat rasizmu

Jednak warto zauważyć, że pomimo efektownych fajerwerków Bryan Singer, twórca błyskotliwego kryminału Podejrzani, nie zapomina tutaj o stawianiu ważnych pytań..., które w trzeciej części będą kluczowe dla przedstawianej historii. Ale to właśnie w drugiej odsłonie prawdziwe problemy takie jak nietolerancja, rasizm, lęk przed mitycznym "Innym" zyskują największy wymiar w całej serii. Te pierwotne wady człowieka wciąż mają się dobrze w dzisiejszym społeczeństwie. X-men 2 na pogłębieniu tej tematyki zyskuje wiarygodność, wychodząc jednak w dużej mierze poza ramy standardowej opowieści o bohaterach w kolorowych trykotach.


Ciekawostka: scenariusz miał 27 wersji zanim został zaakceptowany

Nagrody: X-men 2 otrzymał Saturna za najlepszy film SF roku - najbardziej prestiżową nagrodę w świecie fantastyki filmowej.

Box Office: X-men 2 okazał się dużym sukcesem - kosztował 110 milionów USD, a tylko w USA zarobił prawie dwa razy tyle - 214 milionów USD.

Krytycy: X-men 2 spotkał się z pozytywną reakcją recenzentów (otrzymał aż 87 proc. pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes), stając się wyznacznikiem do tego, w jaki sposób należy adaptować komiksy.

Ocena: 3/5


Dla kogo: dla miłośników komiksów Marvela i ludzi zainteresowanych tematem rasizmu (chociaż schowanego pod fantastycznym płaszczykiem) i miłośników komiksów X-men w (w Polsce wydawanych pod auspicjami legendarnego wydawnictwa TM-Semic w latach 90.)

+ pełniejszy, dojrzały scenariusz, unikający chaosu, który charakteryzował pierwszą część X-men
+ umiejętnie poprowadzona narracja łącząca przygodowe kino akcji z dramatem
+ bardzo dobra obsada aktorska ze znakomitym Hugh Jackmanem na czele, który chyba urodził się dla tej roli
+ ładne zdjęcia

- muzyka mogłaby być jeszcze lepsza



Kiedy: X-men 2 - 5 sierpnia, 20.10, Polsat
X-men Ostatni Bastion - 12 sierpnia, 20.05, Polsat

sobota, 10 sierpnia 2013

U Pana Boga w ogródku w TVP - jest lepiej niż za piecem

W TV właśnie leci dobry polski film - U Pana Boga w ogródku. Środkowa część trylogii Jacka Bromskiego. Rzadko zdarza się, że sequel jest lepszy niż oryginał. To zaskakujące, ale U Pana Boga w ogródku jest zdecydowanie lepszym filmem niż U Pana Boga za piecem.

Jest tutaj o wiele lepiej zarysowany scenariusz, znacznie ciekawsza fabuła, bardzo dobre aktorstwo (zwłaszcza znakomity Emilian Kamiński), a w filmie nie razi już ten zbyt prowincjonalny ton z znany z pierwszej części. Naprawdę dobra, porządna komedia obyczajowa. Jest i swojsko i wesoło. Po prostu polski film rozrywkowy na poziomie.



Ocena: 3/5

+ zabawny zespół aktorski znany z pierwszej części + fenomenalny Kamiński
+ ciekawy scenariusz
+ urocze zdjęcia polskiej prowincji pod Białymstokiem


- momentami wpadki reżyserskie w sposobie narracji
- trochę przesłodzona muzyka


Kiedy: Sobota,10 sierpnia 2013, 14.50, TVP1

Ten film możecie też obejrzeć legalnie i za darmo w serwisie iPlex - poniżej link:

U Pana Boga w ogródku



poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Wszystko co kocham w TV Kultura - nostalgiczny portret pokolenia czasu wojennego

Wszystko co kocham z 2009 roku to film w pozytywnym sensie nostalgiczny i chyba jedyny w swoim rodzaju w polskim kinie, a co najważniejsze politycznie niezaangażowany.

Wszytko co kocham - czyli życie nastolatka w czasie stanu wojennego na wybrzeżu

Za wolność naszą często płacą inni - taką refleksję zapamiętuje się z tego nostalgicznego filmu, jakim jest Wszystko co kocham. Film o czasach stanu wojennego pokazany z perspektywy młodych ludzi, którym życie złamały trudne czasy PRL. Film politycznie nieprzechylony w żadną stronę, nie wdający się w żadne utarczki polityczne. Tak po prostu było i warto to obejrzeć. Film kręcony był w Pucku i na Helu, mamy więc ładne ujęcia z polskiego wybrzeża. Na uwagę zasługują też dobre kreacje młodych aktorów (zwłaszcza debiutujący tutaj Jakub Gierszał znany z późniejszej przebojowej roli w Sali samobójców) i Ola Frycz kojarzona m.in z Weisera), którzy bardzo ożywiają ten film.


Wszystko co kocham - nostalgia za PRL bez wybielania

Film Borcucha to nostalgia bez wybielania tamtych czasów. Smutne szare czasy, które na ekranie jednak ożywają - piętnując grozę tamtych czasów film przypomina, że nawet wtedy w PRL było miejsce na młodość, życie, nadzieję i marzenia. Chociaż by je spełnić, należało z kraju uciekać...


Wszystko co kocham - dużo nominacji, niewiele nagród

Wszystko, co kocham otrzymał 8 nominacji do polskich Orłów z czego statuetkę ostatecznie otrzymał tylko Jacek Borcuch za najlepszy scenariusz. A w Gdyni tylko Nagrodę od Publiczności. A szkoda bo to jeden z najlepszych filmów ostatnich lat. Do poziomu niemieckiego Goodbye Lenin wciąż daleko, ale Wszystko co kocham to krok w dobrym kierunku.

Ocena: 3/5

+ ciekawy, wyważony scenariusz Borcucha
+ fenomenalni młodzi aktorzy - Jakub Gierszał i Ola Frycz
+ klimatyczna ścieżka muzyczna

- Borcuch lepiej radzi sobie jako scenarzysta niż reżyser - kilka scen mogłoby mieć mocniejszy wymiar

Dla kogo: zwłaszcza dla tych, których młodość przypadła na czasy stanu wojennego oraz dla młodych, którzy zupełnie nie mają pojęcia o tamtych czasach



Kiedy: Niedziela, TV Kultura, 20.10

niedziela, 4 sierpnia 2013

Helikopter w ogniu - tylko martwi widzieli koniec wojny. Audiowizualny szok z pola bitwy

Jeden z najwybitniejszych greckich filozofów - Platon - powiedział kiedyś, że tylko martwi widzieli koniec wojny. A więc znaczyłoby to tyle, że wojna się nigdy nie kończy. Nawet gdy wydaje się, że się skończyła, ona ukrywa się i czeka przyczajona na punkt zapalny, by wreszcie eksplodować gdzieś na świecie, pochłaniając setki i tysiące istnień ludzkich. Więc wojna kończy się jedynie dla tych, którzy swoje życie pozostawili na jej zgliszczach… W każdym razie tymi słowami Platona rozpoczyna się Helikopter w ogniu Ridleya Scott’a, który dzisiaj jest emitowany na Polsacie.

Helikopter w ogniu - dramat wojenny czy kino akcji?

We wszystkich filmach Scotta zawsze najważniejsza jest siła obrazu – wystarczy wspomnieć fantastyczne kreacje z Łowcy androidów czy też fascynujący obraz starożytnego Rzymu w Gladiatorze. Helikopter w ogniu pod względem wizualnej wyobraźni jest niemal doskonały. Naprawdę trudno jest opisać słowami dzieło Scotta. Tym razem Ridley postanowił wyczarować – a raczej zrekonstruować – współczesny obraz wojny. Niesprawiedliwym byłoby określenie tego obrazu jedynie jako filmu akcji.

Helikopter w ogniu oparty na faktach

Historia opowiedziana w filmie wydarzyła się naprawdę w Somalii 3 października 1993 roku. Film niezwykle szczegółowo odtwarza tamte wydarzenia, gdy precyzyjnie zaplanowana misja porwania dwóch współpracowników lokalnego dyktatora wymknęła się spod kontroli. Ponad 100 żołnierzy Delta Force i Rangersów zostało odciętych w środku miasta. Gdy zostały zestrzelone dwa Black Hawki, żołnierze musieli stawić czoło niemal całemu miastu wściekłych Somalijczyków. Na ulicach Mogadiszu rozpętała się walka, którą my z najdrobniejszymi detalami możemy teraz podziwiać w Helikopterze w ogniu. W tych walkach zginęło 18 Amerykanów.

Helikopter w ogniu czyli maksymalny realizm

Scott w przeciwieństwie do wielu hollywoodzkich reżyserów stara się być wiernym rzeczywistości. Reżyserowi asystowało kilku żołnierzy, którzy walczyli wtedy na ulicach Mogadiszu. Później zgodnie twierdzili, że obecność na planie filmu sprawiła, że poczuli się jakby przeszłość stanęła im dosłownie przed oczami. Nie można Scottowi zarzucić, że fałszuje film. Wszystko, co widzimy na ekranie właściwie wydarzyło się naprawdę 20 lat temu w abstrakcyjnym dla nas kraju… Właśnie, abstrakcja? Reżyser robi wszystko, żeby jej uniknąć. Pokazuje współczesne pole bitwy, które jest równie fascynujące, co przerażające, a przede wszystkim niedające się opisać słowami. To niemal formuła paradokumentu.


Historię poznajemy z perspektywy kilkunastu żołnierzy. Nie ma tu jednego bohatera, dzielnego wojaka. Użycie kilkunastu równorzędnych bohaterów niesie ze sobą niebezpieczeństwo rozdrobnienia emocji, co oznacza obojętność, przed którym nie obroniła się chociażby Cienka, czerwona linia. Twórcom Helikoptera w ogniu udało się ominąć tę pułapkę. Reżyser portretuje ludzi o prawdziwych nazwiskach, ludzi, którzy wciąż żyją. Nie ma tu taniego patriotyzmu i łatwego bohaterstwa. Jak mówi jeden z bohaterów filmu: Gdy kule zaczynają ci świstać nad głową, cała ta polityka bierze w łeb. Film Scotta nie jest traktatem politycznym ani patriotycznym peanem z ruin WTC. To co prawda amerykański, ale surowy obraz wojny pokazany z oczu poszczególnych żołnierzy. Ten film ma naprawdę niezapomniane sceny, które o tym świadczą.

Helikopter w ogniu - widz wrzucony w samo centrum bitwy

Helikopter w ogniu to obraz przerażającej, a zarazem wizualnie atrakcyjnej bitwy, stawiającej widza pośrodku wydarzeń. Jakby każdy z nas uczestniczył w tej bitwie… Wrażenie podobne do tego u Spielberga w Szeregowcu Ryanie. Scott opowiada o tragedii, która przydarzyła się każdemu z żołnierzy tamtego pamiętnego dla nich dnia… Przejmująca jest scena, kiedy rozbija się drugi Black Hawk, dwaj snajperzy z Delta Force sami podejmują próbę pomocy kolegom w rozbitym śmigłowcu. Obaj wyciągają z wraku pilota i ostrzeliwują się tak długo, dopóki nie kończy się im amunicja… Sami przeciw rozwścieczonemu tłumowi. Obaj giną, ale pilotowi udaje się dzięki nim przeżyć. Poświęcają swoje życie w obronie kolegi – tak po prostu, bez fanfar i patriotycznych bzdetów. W takich właśnie scenach leży siła filmu. Prawdziwi bohaterowie nigdy nie proszą się o to, by nimi zostać. To zawsze się dzieje przypadkiem… Obaj – sierż. Randy Shughart i sierż. Gary Gordon – zostali pośmiertnie nagrodzeni najwyższym odznaczeniem amerykańskim – Congress Medal of Honor.


Takich wspaniałych scen jest więcej. Dwóch żołnierzy Shawn Nelson i Lance Twombly zostawieni na tyłach, zagubieni, błąkają się po uliczkach nieznanego im miasta - uliczkach, które w każdej chwili mogą przynieść śmierć… Nie zapomniano też o Somalijczykach. Znacząca jest scena, gdy nastolatek zamiast rangera zabija z automatu własnego ojca. Zdarzenie paradoksalnie dziwne, ale zwyczajne… na wojnie. To jest czas wojny. Tu takie wydarzenia są na porządku dziennym. To, co my nazywamy heroizmem dla ludzi walczących w Mogadiszu jest codziennością. Żeby nie popaść w obojętność moralną żołnierze trzymają się swoich zasad. Fragment credo Rangera mówi: "Nigdy nie pozostawię towarzysza, by dostał się w ręce wroga". Dzięki temu pozostają ludźmi w nieludzkim czasie. My, cywile możemy ich nie rozumieć wygrzewając się w zaciszu naszych mieszkań. Oni żyją w innym świecie. Dopóki mogą na sobie polegać, dopóty żyją. Dlatego właśnie dwaj snajperzy poświęcają swoje życie w obronie kolegi.

Helikopter w ogniu - piękne zdjęcia na miarę Oscara

Scottowi udało się w wizjonerski sposób oddać ducha współczesnego pola walki, w czym wielka zasługa Sławomira Idziaka, którego zdjęcia są naprawdę fenomenalne. Zresztą otrzymał za nie nominację do Oscara i można tylko żałować, że ostatecznie statuetkę otrzymał kto inny. Ale nie sama wojna jest tu najważniejsza. Najistotniejsze wydają się być często tragiczne wybory zagubionych i osamotnionych na końcu świata zwyczajnych ludzi. Jeżeli ktoś chce mieć pojęcie o ludziach walczących w różnych zakątkach globu, musi ten film zobaczyć. By przekonać się o pięknie i zarazem grozie pola walki. By przekonać się, że jedynymi ludźmi, którzy widzieli koniec wojny są ci, którzy na niej zginęli…


Nagrody dla Black Hawk Down - doceniony czy niedoceniony?

Helikopter w ogniu został doceniony przez krytyków - zdobył 76 proc. pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes. Film otrzymał 4 nominacje, z czego dwie zamieniły się potem na Oscary (za montaż i dźwięk). Jedną z największych pomyłek w historii był brak statuetki dla samego Scotta za reżyserię (otrzymał ją Ron Howard za hollywoodzki Piękny umysł) oraz dla Idziaka za zdjęcia (pokonała go autor zdjęć do Drużyny Pierścienia). Ale jak wiadomo Akademia niespecjalnie ceni talenty tego pierwszego, a drugi to przecież Polak, więc wystarczy mu nominacja. ;) Za to film okazał się dużym sukcesem kasowym - kosztował 94 miliony USD, a zarobił aż 274 miliony w samych USA. Robi wrażenie.

Ocena: 5/5

+ fenomenalna, pełna maestrii reżyseria Scotta, który przeniósł widza w chaos współczesnego pola bitwy
+ wybitne zdjęcia autorstwa Sławomira Idziaka nominowane do Oscara)
+ niezapomniana muzyka przeplatająca rytmy wojskowe z motywami afrykańskimi i metafizycznymi
+ bardzo dobra obsada (Bana, Hartnett, Bloom, Fichtner, McGregor, Sizemore) znakomicie dobrana do swoich ról
+ dobrze napisany scenariusz oparty na faktach, unikający uproszczeń i patosu

- chyba brak, naprawdę trudno jakiś minus w tym wybitnym filmie znaleźć

Dla kogo: dla miłośników kina wojennego oraz dla tych którzy cenią mistrzostwo w operowaniu formą filmową



Kiedy: Niedziela, Polsat o 20.00

sobota, 3 sierpnia 2013

Aniołki Charliego - feministyczne pieszczotki bez skrzydeł

Aniołki Charliego? W tym filmie z 2000 roku można dojrzeć różne rzeczy, ale z pewnością nie doszukamy się w nim ani aniołków ani Charlie’go. Tylko w Hollywood potrafią zrobić film o wszystkim, tylko nie o tym, co jest w tytule.


Tytułowe aniołki to trzy współczesne seksbomby - Cameron Diaz (Maska), Drew Barrymore (Trująca Ivy) i Lucy Liu (Kill Bill). To osobliwe trio rzuca się w wir wydarzeń, których nie może zrozumieć ani scenarzysta, ani aktorki, ani tym bardziej widzowie. Scenariusz wygląda jakby był pisany na kolanie podczas ostrej libacji alkoholowej. Właściwie logiczniej byłoby nazwać ten skrypt brakiem scenariusza - dość powiedzieć, że nad scenariuszem zanim został zaakceptowany przez producentów pracowało aż 18 scenarzystów(!). Czy trzeba mówić coś więcej...? Sytuacje w nim występujące są mniej prawdopodobne niż możliwość wystąpienia obfitego deszczu na Saharze.

Aniołki Charliego - co kryją pod spodem?

Aniołek nr 1 - blondynka tępa jak nóż po wieloletnim używaniu. Szczyt głupoty: rozmowa z facetem przez telefon komórkowy i w tym samym czasie bijatyka na śmierć i życie. Gdy telefon ulega zniszczeniu - Cameron mówi z rozpaczą w głosie: Gdzie ja teraz znajdę takiego faceta w Los Angeles?
Wniosek: w Fabryce Snów brakuje porządnych facetów.
Dobra rada na przyszłość: Jeżeli chcesz poznać interesującego faceta, natychmiast opuść Hollywood.

Aniołek nr 2 - Drew Barrymore przez cały czas ma minę, jakby zastanawiała się: Co ja tutaj robię? Najwyraźniej za mało zapłacili jej za robienie dobrej miny do złej gry.
Szczyt głupoty: Z odległości dwóch metrów czarny charakter nie trafia do kochanej Drew.
Wniosek: W Hollywood nigdy nie giną gwiazdy, kule są zaczarowane, a czarne charaktery nie potrafią strzelać.
Dobra rada na przyszłość: jeżeli strzelasz z bliska, rób to ze śrutówki - na pewno trafisz.

Aniołek nr 3 - Lucy Liu to twarda, pełna zabójczych instynktów istotka.
Szczyt głupoty: Lucy lata tam i z powrotem, wymierzając mężczyznom ciosy ze szczególną satysfakcją
Wniosek: Bez komentarza...
Dobra rada na przyszłość: Unikaj podejrzanych Azjatek


James Bond w wersji feministycznej

Te oto trzy panie próbują tworzyć kobiecą wersję Jamesa Bonda. powiedziałbym w spódnicy, ale feministyczne aniołki spódnic nie lubią - używają ich co najwyżej do kamuflarzu. Jednak do postaci agenta 007 brakuje im wdzięku... Owszem kopią, biją i są bezlitosne, a więc mało kobiece. I na tym chyba polega problem z brakiem pociągającego wdzięku. Kobiety postanowiły pobawić się w małych chłopców i efekt jest taki, że zamiast tworzyć nową jakość kobiecej odmiany Bonda, dostajemy tylko zwykłą podróbkę męskich cech. Jak widać powyżej, aniołki Charlie’go nie są wcale takimi aniołkami, a do gwardii Diabła też nie można ich zaliczyć właśnie ze względu na ten brak wdzięku. Są to typowe wytwory współczesnej kultury, w której różnica między męskością, a kobiecością jest tylko jakimś archaicznym nieporozumieniem.


Aniołki Charliego - Pieszczota Pięciu Pięści

Aniołki Charliego przypominają mi opowieść Mii Wallace z Pulp Fiction Tarantino, w której mówiła ona Vincentovi Vega o swojej roli w pilocie serialu, który nazywał się Pieszczota Pięciu Pięści i do złudzenia przypominał historię brygady Charlie’go. Było to o pięciu zabójczych panienkach walczących ze złem na świecie. Coś jak nasze aniołki- kicz totalny i bezmózgowie. Tylko, że u Quentina na pilocie się skończyło. W Aniołkach Charliego wręcz przeciwnie.

Reżyser tej cudownej produkcji jest quasi-enigmatycznym typem, który podpisuje się pseudonimem McG (tak, to ten sam co zepsuł potem Terminator Ocalenie), co świadczy tylko o tym, iż do tego dzieła nawet sam twórca nie chce się przyznać. Niestety sam utwór mówi za reżysera. Cały film to jeden wielki teledysk, podzielony na kilka mniejszych. Przewijają się w nim hity takich sław, jak Madonna czy Prodigy. Poetyka teledysku, trzy frywolne panienki i żałosne widowisko pozbawione sensu- to wszystko, co jest nam w stanie zaoferować w kinie przez 100 minut Pan McG. Lepiej obejrzeć jeszcze raz Pulp Fiction.

Aniołki Charliego jakimś cudem spodobały się 67 proc. amerykańskich recenzentów, w kasach kinowych też się zwrócił, chociaż na szczęście nie był hitem - ale wystarczyło to do produkcji jeszcze gorszego sequelu.

Ocena: 0/5

+ plusów brak (może tylko Bill Murray, którego w filmie prawie nie ma?

- fatalne aktorstwo aniołków
- idiotyczny scenariusz jak z ulotki reklamowej
- nieudolna stylistyka teledysku w ręku McG

Dla kogo: dla feministek lubiących twrade kobiety i skopanych facetów



Kiedy: 3 sierpnia, Polsat o godz 22.25