sobota, 3 sierpnia 2013

Aniołki Charliego - feministyczne pieszczotki bez skrzydeł

Aniołki Charliego? W tym filmie z 2000 roku można dojrzeć różne rzeczy, ale z pewnością nie doszukamy się w nim ani aniołków ani Charlie’go. Tylko w Hollywood potrafią zrobić film o wszystkim, tylko nie o tym, co jest w tytule.


Tytułowe aniołki to trzy współczesne seksbomby - Cameron Diaz (Maska), Drew Barrymore (Trująca Ivy) i Lucy Liu (Kill Bill). To osobliwe trio rzuca się w wir wydarzeń, których nie może zrozumieć ani scenarzysta, ani aktorki, ani tym bardziej widzowie. Scenariusz wygląda jakby był pisany na kolanie podczas ostrej libacji alkoholowej. Właściwie logiczniej byłoby nazwać ten skrypt brakiem scenariusza - dość powiedzieć, że nad scenariuszem zanim został zaakceptowany przez producentów pracowało aż 18 scenarzystów(!). Czy trzeba mówić coś więcej...? Sytuacje w nim występujące są mniej prawdopodobne niż możliwość wystąpienia obfitego deszczu na Saharze.

Aniołki Charliego - co kryją pod spodem?

Aniołek nr 1 - blondynka tępa jak nóż po wieloletnim używaniu. Szczyt głupoty: rozmowa z facetem przez telefon komórkowy i w tym samym czasie bijatyka na śmierć i życie. Gdy telefon ulega zniszczeniu - Cameron mówi z rozpaczą w głosie: Gdzie ja teraz znajdę takiego faceta w Los Angeles?
Wniosek: w Fabryce Snów brakuje porządnych facetów.
Dobra rada na przyszłość: Jeżeli chcesz poznać interesującego faceta, natychmiast opuść Hollywood.

Aniołek nr 2 - Drew Barrymore przez cały czas ma minę, jakby zastanawiała się: Co ja tutaj robię? Najwyraźniej za mało zapłacili jej za robienie dobrej miny do złej gry.
Szczyt głupoty: Z odległości dwóch metrów czarny charakter nie trafia do kochanej Drew.
Wniosek: W Hollywood nigdy nie giną gwiazdy, kule są zaczarowane, a czarne charaktery nie potrafią strzelać.
Dobra rada na przyszłość: jeżeli strzelasz z bliska, rób to ze śrutówki - na pewno trafisz.

Aniołek nr 3 - Lucy Liu to twarda, pełna zabójczych instynktów istotka.
Szczyt głupoty: Lucy lata tam i z powrotem, wymierzając mężczyznom ciosy ze szczególną satysfakcją
Wniosek: Bez komentarza...
Dobra rada na przyszłość: Unikaj podejrzanych Azjatek


James Bond w wersji feministycznej

Te oto trzy panie próbują tworzyć kobiecą wersję Jamesa Bonda. powiedziałbym w spódnicy, ale feministyczne aniołki spódnic nie lubią - używają ich co najwyżej do kamuflarzu. Jednak do postaci agenta 007 brakuje im wdzięku... Owszem kopią, biją i są bezlitosne, a więc mało kobiece. I na tym chyba polega problem z brakiem pociągającego wdzięku. Kobiety postanowiły pobawić się w małych chłopców i efekt jest taki, że zamiast tworzyć nową jakość kobiecej odmiany Bonda, dostajemy tylko zwykłą podróbkę męskich cech. Jak widać powyżej, aniołki Charlie’go nie są wcale takimi aniołkami, a do gwardii Diabła też nie można ich zaliczyć właśnie ze względu na ten brak wdzięku. Są to typowe wytwory współczesnej kultury, w której różnica między męskością, a kobiecością jest tylko jakimś archaicznym nieporozumieniem.


Aniołki Charliego - Pieszczota Pięciu Pięści

Aniołki Charliego przypominają mi opowieść Mii Wallace z Pulp Fiction Tarantino, w której mówiła ona Vincentovi Vega o swojej roli w pilocie serialu, który nazywał się Pieszczota Pięciu Pięści i do złudzenia przypominał historię brygady Charlie’go. Było to o pięciu zabójczych panienkach walczących ze złem na świecie. Coś jak nasze aniołki- kicz totalny i bezmózgowie. Tylko, że u Quentina na pilocie się skończyło. W Aniołkach Charliego wręcz przeciwnie.

Reżyser tej cudownej produkcji jest quasi-enigmatycznym typem, który podpisuje się pseudonimem McG (tak, to ten sam co zepsuł potem Terminator Ocalenie), co świadczy tylko o tym, iż do tego dzieła nawet sam twórca nie chce się przyznać. Niestety sam utwór mówi za reżysera. Cały film to jeden wielki teledysk, podzielony na kilka mniejszych. Przewijają się w nim hity takich sław, jak Madonna czy Prodigy. Poetyka teledysku, trzy frywolne panienki i żałosne widowisko pozbawione sensu- to wszystko, co jest nam w stanie zaoferować w kinie przez 100 minut Pan McG. Lepiej obejrzeć jeszcze raz Pulp Fiction.

Aniołki Charliego jakimś cudem spodobały się 67 proc. amerykańskich recenzentów, w kasach kinowych też się zwrócił, chociaż na szczęście nie był hitem - ale wystarczyło to do produkcji jeszcze gorszego sequelu.

Ocena: 0/5

+ plusów brak (może tylko Bill Murray, którego w filmie prawie nie ma?

- fatalne aktorstwo aniołków
- idiotyczny scenariusz jak z ulotki reklamowej
- nieudolna stylistyka teledysku w ręku McG

Dla kogo: dla feministek lubiących twrade kobiety i skopanych facetów



Kiedy: 3 sierpnia, Polsat o godz 22.25