niedziela, 4 sierpnia 2013

Helikopter w ogniu - tylko martwi widzieli koniec wojny. Audiowizualny szok z pola bitwy

Jeden z najwybitniejszych greckich filozofów - Platon - powiedział kiedyś, że tylko martwi widzieli koniec wojny. A więc znaczyłoby to tyle, że wojna się nigdy nie kończy. Nawet gdy wydaje się, że się skończyła, ona ukrywa się i czeka przyczajona na punkt zapalny, by wreszcie eksplodować gdzieś na świecie, pochłaniając setki i tysiące istnień ludzkich. Więc wojna kończy się jedynie dla tych, którzy swoje życie pozostawili na jej zgliszczach… W każdym razie tymi słowami Platona rozpoczyna się Helikopter w ogniu Ridleya Scott’a, który dzisiaj jest emitowany na Polsacie.

Helikopter w ogniu - dramat wojenny czy kino akcji?

We wszystkich filmach Scotta zawsze najważniejsza jest siła obrazu – wystarczy wspomnieć fantastyczne kreacje z Łowcy androidów czy też fascynujący obraz starożytnego Rzymu w Gladiatorze. Helikopter w ogniu pod względem wizualnej wyobraźni jest niemal doskonały. Naprawdę trudno jest opisać słowami dzieło Scotta. Tym razem Ridley postanowił wyczarować – a raczej zrekonstruować – współczesny obraz wojny. Niesprawiedliwym byłoby określenie tego obrazu jedynie jako filmu akcji.

Helikopter w ogniu oparty na faktach

Historia opowiedziana w filmie wydarzyła się naprawdę w Somalii 3 października 1993 roku. Film niezwykle szczegółowo odtwarza tamte wydarzenia, gdy precyzyjnie zaplanowana misja porwania dwóch współpracowników lokalnego dyktatora wymknęła się spod kontroli. Ponad 100 żołnierzy Delta Force i Rangersów zostało odciętych w środku miasta. Gdy zostały zestrzelone dwa Black Hawki, żołnierze musieli stawić czoło niemal całemu miastu wściekłych Somalijczyków. Na ulicach Mogadiszu rozpętała się walka, którą my z najdrobniejszymi detalami możemy teraz podziwiać w Helikopterze w ogniu. W tych walkach zginęło 18 Amerykanów.

Helikopter w ogniu czyli maksymalny realizm

Scott w przeciwieństwie do wielu hollywoodzkich reżyserów stara się być wiernym rzeczywistości. Reżyserowi asystowało kilku żołnierzy, którzy walczyli wtedy na ulicach Mogadiszu. Później zgodnie twierdzili, że obecność na planie filmu sprawiła, że poczuli się jakby przeszłość stanęła im dosłownie przed oczami. Nie można Scottowi zarzucić, że fałszuje film. Wszystko, co widzimy na ekranie właściwie wydarzyło się naprawdę 20 lat temu w abstrakcyjnym dla nas kraju… Właśnie, abstrakcja? Reżyser robi wszystko, żeby jej uniknąć. Pokazuje współczesne pole bitwy, które jest równie fascynujące, co przerażające, a przede wszystkim niedające się opisać słowami. To niemal formuła paradokumentu.


Historię poznajemy z perspektywy kilkunastu żołnierzy. Nie ma tu jednego bohatera, dzielnego wojaka. Użycie kilkunastu równorzędnych bohaterów niesie ze sobą niebezpieczeństwo rozdrobnienia emocji, co oznacza obojętność, przed którym nie obroniła się chociażby Cienka, czerwona linia. Twórcom Helikoptera w ogniu udało się ominąć tę pułapkę. Reżyser portretuje ludzi o prawdziwych nazwiskach, ludzi, którzy wciąż żyją. Nie ma tu taniego patriotyzmu i łatwego bohaterstwa. Jak mówi jeden z bohaterów filmu: Gdy kule zaczynają ci świstać nad głową, cała ta polityka bierze w łeb. Film Scotta nie jest traktatem politycznym ani patriotycznym peanem z ruin WTC. To co prawda amerykański, ale surowy obraz wojny pokazany z oczu poszczególnych żołnierzy. Ten film ma naprawdę niezapomniane sceny, które o tym świadczą.

Helikopter w ogniu - widz wrzucony w samo centrum bitwy

Helikopter w ogniu to obraz przerażającej, a zarazem wizualnie atrakcyjnej bitwy, stawiającej widza pośrodku wydarzeń. Jakby każdy z nas uczestniczył w tej bitwie… Wrażenie podobne do tego u Spielberga w Szeregowcu Ryanie. Scott opowiada o tragedii, która przydarzyła się każdemu z żołnierzy tamtego pamiętnego dla nich dnia… Przejmująca jest scena, kiedy rozbija się drugi Black Hawk, dwaj snajperzy z Delta Force sami podejmują próbę pomocy kolegom w rozbitym śmigłowcu. Obaj wyciągają z wraku pilota i ostrzeliwują się tak długo, dopóki nie kończy się im amunicja… Sami przeciw rozwścieczonemu tłumowi. Obaj giną, ale pilotowi udaje się dzięki nim przeżyć. Poświęcają swoje życie w obronie kolegi – tak po prostu, bez fanfar i patriotycznych bzdetów. W takich właśnie scenach leży siła filmu. Prawdziwi bohaterowie nigdy nie proszą się o to, by nimi zostać. To zawsze się dzieje przypadkiem… Obaj – sierż. Randy Shughart i sierż. Gary Gordon – zostali pośmiertnie nagrodzeni najwyższym odznaczeniem amerykańskim – Congress Medal of Honor.


Takich wspaniałych scen jest więcej. Dwóch żołnierzy Shawn Nelson i Lance Twombly zostawieni na tyłach, zagubieni, błąkają się po uliczkach nieznanego im miasta - uliczkach, które w każdej chwili mogą przynieść śmierć… Nie zapomniano też o Somalijczykach. Znacząca jest scena, gdy nastolatek zamiast rangera zabija z automatu własnego ojca. Zdarzenie paradoksalnie dziwne, ale zwyczajne… na wojnie. To jest czas wojny. Tu takie wydarzenia są na porządku dziennym. To, co my nazywamy heroizmem dla ludzi walczących w Mogadiszu jest codziennością. Żeby nie popaść w obojętność moralną żołnierze trzymają się swoich zasad. Fragment credo Rangera mówi: "Nigdy nie pozostawię towarzysza, by dostał się w ręce wroga". Dzięki temu pozostają ludźmi w nieludzkim czasie. My, cywile możemy ich nie rozumieć wygrzewając się w zaciszu naszych mieszkań. Oni żyją w innym świecie. Dopóki mogą na sobie polegać, dopóty żyją. Dlatego właśnie dwaj snajperzy poświęcają swoje życie w obronie kolegi.

Helikopter w ogniu - piękne zdjęcia na miarę Oscara

Scottowi udało się w wizjonerski sposób oddać ducha współczesnego pola walki, w czym wielka zasługa Sławomira Idziaka, którego zdjęcia są naprawdę fenomenalne. Zresztą otrzymał za nie nominację do Oscara i można tylko żałować, że ostatecznie statuetkę otrzymał kto inny. Ale nie sama wojna jest tu najważniejsza. Najistotniejsze wydają się być często tragiczne wybory zagubionych i osamotnionych na końcu świata zwyczajnych ludzi. Jeżeli ktoś chce mieć pojęcie o ludziach walczących w różnych zakątkach globu, musi ten film zobaczyć. By przekonać się o pięknie i zarazem grozie pola walki. By przekonać się, że jedynymi ludźmi, którzy widzieli koniec wojny są ci, którzy na niej zginęli…


Nagrody dla Black Hawk Down - doceniony czy niedoceniony?

Helikopter w ogniu został doceniony przez krytyków - zdobył 76 proc. pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes. Film otrzymał 4 nominacje, z czego dwie zamieniły się potem na Oscary (za montaż i dźwięk). Jedną z największych pomyłek w historii był brak statuetki dla samego Scotta za reżyserię (otrzymał ją Ron Howard za hollywoodzki Piękny umysł) oraz dla Idziaka za zdjęcia (pokonała go autor zdjęć do Drużyny Pierścienia). Ale jak wiadomo Akademia niespecjalnie ceni talenty tego pierwszego, a drugi to przecież Polak, więc wystarczy mu nominacja. ;) Za to film okazał się dużym sukcesem kasowym - kosztował 94 miliony USD, a zarobił aż 274 miliony w samych USA. Robi wrażenie.

Ocena: 5/5

+ fenomenalna, pełna maestrii reżyseria Scotta, który przeniósł widza w chaos współczesnego pola bitwy
+ wybitne zdjęcia autorstwa Sławomira Idziaka nominowane do Oscara)
+ niezapomniana muzyka przeplatająca rytmy wojskowe z motywami afrykańskimi i metafizycznymi
+ bardzo dobra obsada (Bana, Hartnett, Bloom, Fichtner, McGregor, Sizemore) znakomicie dobrana do swoich ról
+ dobrze napisany scenariusz oparty na faktach, unikający uproszczeń i patosu

- chyba brak, naprawdę trudno jakiś minus w tym wybitnym filmie znaleźć

Dla kogo: dla miłośników kina wojennego oraz dla tych którzy cenią mistrzostwo w operowaniu formą filmową



Kiedy: Niedziela, Polsat o 20.00