czwartek, 26 września 2013

Batman - Początek nowej legendy. Umarł król, niech żyje król... Nolan?

Filmowy Batman w latach 90. przeszedł skrajną rewolucję - od zaskakującego udanego filmu Burtona do kompletnego nieporozumienia jakim był ostatni obraz Schumachera – Batman i Robin. Kiedy wydawało się, że temat jest zamknięty, a nad nietoperkiem (jak mówią o Batmanie nasi południowi sąsiedzi) postawiono już krzyżyk, wtedy pojawił się Christopher Nolan, który miał pomysł na reaktywację człowieka Nietoperza. Dla producentów wyglądał jak szaleniec, który miał na koncie jedynie niskobudżetowy film artystyczny Memento i kameralny dramat sensacyjny z Alem Pacino Bezsenność, a chciał porwać się na legendę i to z wysokim budżetem. Nolan zaproponował restart zamiast sequela. Mrok i psychologia zamiast zabawy i fantastyki…

Intimidation Game czyli Batman Begins

Scenariusz nowego filmu o Batmanie nosił enigmatyczny tytuł Intimidation Game (można to przetłumaczyć w wolnym przekładzie na Gra w zastraszenie). Producentom zależało oczywiście na sukcesie kasowym, stąd nie dowierzali europejskiemu (Nolan to Anglik) twórcy z artystycznym zacięciem i bez kasowych sukcesów na koncie. Postawili więc na swoim i zmienili enigmatyczny tytuł filmu na łopatologiczny Batman Begins, a Polacy poprawili na jeszcze gorszy Batman Początek. Nolan, który sam niespecjalnie interesuje się komiksami wpadł na pomysł, żeby Batmana pokazać zupełnie inaczej niż do tej pory – jako nowy początek. Zresztą to właśnie sukces tego filmu zrobił w Hollywood modę na restartowanie wszystkich komiksowych serii. To nie miał być człowiek nietoperz z surrealistycznej baśni Burton ani dziecinno-efekciarski heros z filmów Schumachera. Nolan postanowił nawiązać stylem do kultowego wśród znawców komiksów Mrocznego Rycerza autorstwa Franka Millera, brudnego, realistycznego, bezkompromisowego. I doda jeszcze znacznie więcej od siebie. A więc mrok, psychologia i lęki.


Mroczny Rycerz z komiksów Millera

Batman Początek to obraz z pewnością najbardziej psychologiczny ze wszystkich opowieści o Człowieku Nietoperzu, sięgający w głębiny ludzkiej psyche . Nolan postawił odpowiedzieć na pytanie jak to się stało, że Bruce Wayne stał się mrocznym rycerzem? Co powoduje człowiekiem, który postanawia poświęcić życie zwalczaniu przestępczości? Już sam początek filmu Nolana jest niezwykle oryginalny - od razu wiemy, że mamy do czynienia z zupełnie innym filmem. To zaskoczenie dla widzów, którzy oglądali poprzednie opowieści o Człowieku - Nietoperzu. U Nolana młodego multimilionera poznajemy nie na stylowym przyjęciu w klasowym garniturze, ale w chińskim wiezieniu na krańcu cywilizowanego świata. Czy jest to ucieczka w zapomnienie po traumatycznej utracie rodziców, czy raczej próba odnalezienia własnej osobowości przez młodego Wayne’a? Może i jedno, i drugie. Poznanie przedstawicieli tajemniczej Ligi Cieni zmienia jego perspektywę. Trening Wayne’a na Dalekim Wchodzie ma filozoficzną podbudowę.


Batman spotyka Schopenhauera w Tybecie

- Trening jest niczym, wola jest wszystkim - mówi jego mentor Ras Al Ghul. Mamy tutaj ewidentne nawiązanie do siły woli filozofii Schopenhauera. Nolan umiejętnie wplata elementy filozoficzne do swojego filmu, czyniąc go znacznie poważniejszy niż moglibyśmy oczekiwać od standardowej komiksowej adaptacji. Jeżeli mamy dostatecznie silną wolę, możemy zrobić wszystko. A Wayne ma w sobie olbrzymie pokłady determinacji, wypływające z poczucia winy za śmierć swoich rodziców.


Lęk jako klucz do osobowości Wayne’a

W pomysłowy sposób jest wytłumaczony motyw nietoperza, którym posługuje się Batman. To największy lęk z dzieciństwa Wayne’a, jego głęboko ukryty strach. W tybetańskim klasztorze wysoko w ośnieżonych górach Bruce Wayne poznaje naturę strachu i jego siłę - uczy się, jak go skierować i wykorzystać wobec tych, którzy sami go rozsiewają.


Batman jako mit czyli mechanizm tworzenia legendy

- Człowieka można pokonać, ale symbol, symbol trwa wiecznie... – mówi odmieniony, już bardziej świadomy natury swojego lęku Wayne, wracając do Gotham. Nolan w Batman Begins stara się tłumaczyć mechanizm tworzenia mitu. Silne nawiązania do Freuda, Junga i psychoanalizy, którymi posługuje się Nolan zdecydowanie służą filmowi. Uwiarygodniają obsesje bohatera. Pogłębiają relacje psychologiczne między Waynem i jego druga osobowością – tą, która nosi maskę. A do tego pokazują, że Batman używa nie tylko siły mięśni, ale także psychologii.

Batman – realizm zamiast fantastyki

Nolan wyrzuca ze swojego filmu elementy fantastyki, od których nie stronili jego poprzednicy. Traktuje Batmana na tyle realistycznie, na ile się da. Czyni to także Batmana bardziej ludzkim, w którego bardziej możemy uwierzyć.. Stąd też siniaki i rany po walce, stąd też dokładnie pokazany jest sprzęt, którym bohater się posługuje, jego teatralne sztuczki, nauka pozostawania w ukryciu, specjalny styl walki Keysi. Dowiadujemy się też, skąd wziął się batmobil. Zbliża to co prawda film trochę niebezpiecznie do poziomu gadżetów Jamesa Bonda, ale na szczęście nie przekracza granicy śmieszności.

Gdzie kończy się filozofia a zaczyna Hollywood?

Niestety w drugiej części filmu Batman Początek scenarzyści Nolan i Goyer tropy psychologiczne oraz filozoficzne zastąpili w dużej mierze szybką akcją i spektakularnymi walkami. Wygląda to tak, jakby twórcy przerazili się powagi swojego filmu i uznali, że to jednak adaptacja komiksowa dla nastolatków. Pomimo, że wizualnie pozostaje to interesujące (np. oszałamiający pościg za batmobilem), to jednak sprawia, że filmowy obraz Nolana pęka na dwie osobne części – psychologiczną oraz sensacyjną. Goyer zresztą choć siedzi w komiksach, to jednak jest raczej miernym twórcą scenariuszy (napisał m.in. dwie części kiepskiej serii o wampirach Blade) i to niestety widać w Batman Begins.

Wayne kontra Batman - 1:0

Z drugiej strony może da się znaleźć na to pękniecie uzasadnienie. Pierwsza część jest o Waynie, druga o Batmanie. Tak być może zamyślił to Nolan. Ale to nie znaczy, że obie składają się w jedną całość. Już na pierwszy rzut oka widać, że ta pierwsza część filmu jest zdecydowanie lepsza. To pęknięcie jeszcze bardziej podkreśla odtwórca głównego bohatera. Christian Bale gra powściągliwie i niezwykle przekonująco Wayne'a jako człowieka o podwójnej osobowości. Jednak w masce aktor prezentuje się już trochę gorzej. Trudno uwierzyć w tego Batmana, przedstawionego w tak realistycznym, pozbawionym elementów fantastycznych świecie. Odbierając filmowi wymiar komiksowy, Nolan wpadł troszkę w pułapkę realizmu. Przebieraniec w masce latający po dachach jest zupełnie oderwany od świata wykreowanego wcześniej przez reżysera. Dlatego Batman Początek nie tyle jest udanym filmem o Batmanie, co udanym filmem o Waynie. Obraz jest genialny do momentu, w którym bohater zakłada maskę, potem traci na trochę na impecie. Odwrotnie pierwszy Batman Tima Burtona ma swój autonomiczny, kompletny świat, w który się wierzy mimo jego umowności. Natomiast Nolan uciekając od tej komiksowej umowności naraził swój obraz na pęknięcie stylistyczne. Odszedł od adaptacji komiksu w stronę dramatu psychologicznego, ale wpadł w pułapkę komiksowości bohatera. Początek to może nie jest wybitny film o Batmanie, ale…


Batman czy Bruce Wayne – oto jest pytanie…

Jeżeli jednak chcemy obejrzeć film o Bruce Waynie, to Batman Begins Nolana jest bezkonkurencyjny. W finale pozostaje pytanie - czy film powinien skupiać się na postaci Batmana czy na osobie Bruce'a Wayne'a? Wydaje mi się, że nie ma na to pytanie prostej odpowiedzi. Każdy musi sam sobie jej udzielić.
Nolan zaskoczył tym filmem wszystkich. Jak często zdarzają się wielkie komercyjne filmy, które są czymś więcej i mają artystyczny przekaz, mówią coś ważnego? Dzisiaj to niemal się nie zdarza, tym większe znacznie fenomenu jakim stała się nowa trylogia Nolana, którą zapoczątkował Batman Begins.

Inne mocne strony Batman Początek

Warto jeszcze podkreślić, że film jest niesamowity technicznie – doskonały montaż, niezwykle stylowe zdjęcia, doskonale dobrany temat muzyczny pod Batmana (dwóch wybitnych kompozytorów - Zimmer i Newton Howard), a do tego… doborowa obsada. Nie tylko Christian Bale, który chyba urodził się by zagrać Batmana, ale także znakomity Liam Neeson, który gra przekonująco zarówno mentora, jak i przeciwnika. A do tego drugi plan wyładowany aktorskimi tuzami - Morgan Freeman, Michael Caine, Rutger Hauer, Gary Oldman, Tom Wilkinson, Cillian Murphy… Co za obsada – gdy oni są na ekranie, to szybko znikają niedostatki scenariusza. I jedynie Katie Holmes (nominacja do Złotek Maliny) pasuje do tego towarzystwa jak nietoperz do słonecznej pogody.


fidelio de krytyk ocenia: 4/5

+ wizjonerska reżyseria i doskonały montaż tworzy film z klimatem
+ niesamowicie klimatyczna muzyka na dwie batuty podkreślająca mroczny temat filmu
+ znakomite zdjęcia Wally Pfistera robiące klimat pogrążonego w mroku Gotham (nominacja do Oscara)
+ skryty Christian Bale to Batman idealny plus plus doskonale obsadzony drugi plan

- niedopracowany scenariusz, zwłaszcza w drugiej połowie filmu, w którym historia ociera się już o typowe Hollywood (m.in. pokazanie w naiwny sposób Ligi Cieni jako zagrożenia dla Gotham)
- słodka do bólu Katie Holmes – jedyna pomyłka obsadowa Nolana



Cytat do zapamiętania: - Nieważne jest to co wewnątrz, określa Cię to, co robisz.... - niezwykle trafne motto Wayne'a i Batmana, o którym powinniśmy pamiętać także w naszym codziennym życiu.

Box Office: Batman Początek kosztował 150 milionów USD, a zarobił w samych USA 206 milionów. Ładny sukces, aczkolwiek kolejne części w przyszłości znacznie przebiją ten wynik.
Krytycy: Batman Begins został bardzo dobrze przyjęty przez krytyków – na Rotten Tomatoes film otrzymał 85 proc. pozytywnych recenzji.
Nagrody: 3 Saturny – Film, Aktor (Bale), Scenariusz; nominacja do Oscara 2006 za zdjęcia

Ciekawostki z Batman Początek:

1. Pierwszym reżyserem tego filmu miał być Darren Arronofsky, a film miał nosić tytuł Batman: Year One, ale producenci odrzucili ten pomysł. Reżyserować mieli też bracia Wachowski, ale wybrali kontynuacje Matriksa.
2. Rola Katie Holmes – zapasowymi aktorkami były Claire Danes i Reese Witherspoon
3. 3,5 miliona dolarów - tyle musielibyśmy mieć pieniędzy, żeby zostać Batmanem (wyliczenia magazynu Forbes)
4. Ras Al Ghul to po arabsku głowa demona.
5. Nolan przed rozpoczęciem zdjęć zaprosił całą ekipę na prywatny pokaz filmu Łowca androidów. A po jego obejrzeniu powiedział : „Tak właśnie zrobimy Batmana”.

Kiedy w TV: 25 września, 22.30, TVN

Mariusz Koryszewski

piątek, 20 września 2013

Stara Baśń 10 lat później czyli jak zbrzuchacić Dziwę?

Oglądaj w sieci: Stara baśń na iplex


Pomiędzy Ogniem i mieczem, a 1920 Bitwa Warszawska Jery Hoffman zrobił swój najgorszy film w karierze. Właśnie minęła dekada od premiery tego filmu - 19 września 2003 roku Jerzy Hoffman wprowadził do kin Starą Baśń - film o polskiej historii w trochę bardziej mitologicznej oprawie - na podstawie powieści Ignacego Kraszewskiego pod tym samym tytułem. Przedchrześcijańska historia Popiela miała potencjał, z którego nie pozostał nawet kamień na kamieniu...

Stara Baśń - kiedy Hoffman stracił talent...

Stara baśń - Kiedy słońce było bogiem to jednak film znacznie gorszy niż Ogniem i mieczem. Minione 10 lat tylko uwypukliły ogromne wady tego filmu. Jeżeli ktoś krytykował Ogniem i mieczem, to w przypadku Starej baśni totalnie już się załamie. Reżyserska amatorszczyzna, żenująco archaiczne dialogi budzące śmieszność (Dziwa, zbrzuchacił itd.), zdjęcia kompletnie nieprzenoszące w klimat tamtych czasów oraz mierna muzyka nie umywająca się do kompozycji Dębskiego z Ogniem i mieczem. Idiotyzmy scenariuszowe - co tutaj robią Wikingowie, którzy wyglądają jakby zostali wyjęci z zupełnie innego filmu. To pretekst do scen bitewnych, które niestety, ale są żałosne (nie wiadomo czy śmiać się z nich czy płakać).


Żebrowski i Olbrychski kontra Stupka

I wreszcie aktorstwo... Pierwszoplanowy Michał Żebrowski jest znacznie bardziej drewniany niż w Ogniem i mieczem i ciężko go tutaj wytrzymać. Daniel Olbrychski wstawiany na siłę w każdym filmie przez Hoffmana tutaj popada wręcz w autoparodię. Małgorzata Foremniak próbująca robić za polską Lady Makbet wypada minimalnie lepiej. Te słabe występy stara się zrównoważyć rewelacyjny Bohdan Stupka (podobnie jak w Ogniem i mieczem jako Chmielnicki i tutaj skradł wszystkim ten film). Jego kreacja Popiela to jedyna wielka zaleta tego miernego filmu. Stupka gra z naprawdę wielką charyzmą. Na plus jeszcze dwie miłe dla oka role kobiece - atrakcyjnej Kasi Bujakiewicz i uroczej Mariny Aleksandrovnej.


Stara baśń - pomysł dobry, straszna realizacja

Sam zamysł filmu nie był zły (tematyka słowiańskich korzeni Polski jest bardzo ciekawa), ale wykonanie... Arghh... Okropna reżyseria, kiczowata muzyka, sztuczne aktorstwo, gniotowate efekty specjalne na miarę Wiedżmina, prowincjonalne sceny batalistyczne, denny scenariusz... Od kompletnej klęski ten film dzieli tylko bardzo dobra kreacja Bohdana Stupki. I żaden nastrój (jak dumnie brzmi finałowa pieśń) nie pomoże temu gniotowi... Tę kompletną klęskę jaką jest Stara baśń, kasowo ratowały całe szkoły, które hurtem kontraktowane były na ten film. Nic nie zmieni jednak faktu, że to najgorszy film Hoffmana w karierze i jeden z najgorszych filmów w polskim kinie, który można spokojnie postawić obok niesławnego Wiedźmina.


fidelio de krytyk ocenia: 0/5

+ Bohdan Stupka jako Popiel wymiata

- reżyseria Hoffmana robiąca z ponurego dramatu niezamierzoną komedię
- żenująco archaiczne dialogi
- amatorskie zdjęcia jak z weekendowego wypadu do lasu
- muzyka przeciętna do bólu
- drewniany Żebrowski i Olbrychski grający wciąż to samo



Stara Baśń do obejrzenia w serwisie iplex.

Mariusz Koryszewski

środa, 18 września 2013

Katyń po 17 września 2013 - chłodnym okiem o filmie Wajdy po 6 latach od premiery

Właśnie minął 17 września - to nie tylko kolejna rocznica stalinowskiego ciosu w plecy i wkroczenia wojsk ZSRR do Polski w 1939 roku, ale także 6 rocznica premiery niezwykle ważnego polskiego filmu. Tego samego dnia, dokładnie 6 lat temu, swoją premierę miał głośny Katyń Andrzeja Wajdy. Za chwilę do kin trafi natomiast równie ważny film opowiadający o kawałku polskiej historii pt. Wałęsa - Człowiek z nadziei. Zastanówmy się przez chwilę nad poprzednim filmem Wajdy, po którym już dawno opadły emocje. Jak należy odbierać Katyń? Film wybitny, słaby, a może przeciętny?

Katyń - budzi mieszane uczucia

Katyń w 2007 roku został dość dobrze przyjęty, chociaż nie brakowało także krytycznych głosów wśród krytyków i publiczności. Za granicą odebrano go znacznie lepiej (nominacja do Oscara 2008 za najlepszy film zagraniczny i 92 proc. pozytywnych recenzji na Rotten Tomatoes).

Oglądając teraz ten film mam wciąż mieszane uczucia - z jednej strony Katyń to udany reżyserski powrót Wajdy po latach robienia miernych filmów i rozmieniania na drobne dawnej sławy. Z drugiej strony, ciężko w przypadku tego filmu wpaść w zachwyt. Bo Katyń mógł i powinien być wielki. Potencjał tego filmu prosił się o więcej niż to, co ostatecznie zobaczyliśmy na ekranie.

Katyń - powrót Wajdy z długiej podróży?

Katyń to film ważny, bo pierwszy film mówiący o tak bolesnym i przemilczanym przez całe dekady temacie. Andrzej Wajda tym filmem po wielu latach obijania się w mało istotnych rzeczach, wreszcie wziął się za ważny i dla siebie (jego ojciec był ofiarą w Katyniu) i dla nas temat. Wajda od lat 80-tych nie zrobił wybitnego filmu. Katyń również nie jest filmem wybitnym, ale... okazał się filmem dobrym. Katyń jest o wiele lepszy od ewidentnych przeciętniaków z ostatnich lat takich jak Panna nikt, Pan Tadeusz czy Zemsta. Wajda od lat robił kino prowincjonalne, wygładzone, wygodne, konformistyczne, nie skłaniające do refleksji. Katyń jest jego pierwszym filmem po ok. 20 latach, w którym starał się podjąć ważny temat i starał się powrócić do filmów, które mówiły coś ważnego.


Katyń - reżyseria na topie, ale ten scenariusz...

Trzeba to oddać Wajdzie - reżyserowi udało się oddać wymiar tragedii katyńskiej i poczucie zbrodni - film jest momentami wstrząsający, zwłaszcza fenomenalnie wyreżyserowany finał, pozostawiający widza w szoku - to Wajda z najlepszych lat. Ale ... chociaż film ma plusy, to jest pełen wad, a największym grzechem głównym tej produkcji jest... fatalnie napisany scenariusz. Tak, najsłabszym ogniwem jest scenariusz. Jest w nim zawartych zbyt dużo wątków, zbyt dużo postaci. Wielowątkowość rozmywa wymowę tej historii. Są w tym filmie sceny mocne i ewidentnie słabsze, postaci ciekawe i zupełnie niepotrzebne. W filmie panuje kompletny chaos, sceny ciekawe i prawdziwe towarzyszą scenom fatalnie napisanym, sztucznym, nieważnym, fałszywym. I jeszcze te sztuczne, napuszone patriotycznie dialogi... Napisany przez Wajdę, Pasikowskiego (kto go wpuścił do tego filmu) i Nowakowskiego to porażka. Każdy z Panów wprowadza tu swoje pomysły, z tym że nic tu do siebie nie pasuje. Wątki się dwoją i troją, postaci jest za dużo - traci na tym dramatyzm filmu - nie mamy czasu zżyć się z którąś z postaci.


Wajda ze współscenarzystami postanowił pokazać problem z perspektywy szerokiej - niestety to największy błąd tego filmu. Zbyt dużo wątków, brak więzi emocjonalnej z postaciami, małe pole do popisu dla aktorów, momentami sztywne dialogi sprawiają, że w filmie nie może w pełni wybrzmieć katyński tragizm.

Muzyka Pendereckiego też pozostawia trochę do życzenia. Powinna zagrać większe skrzypce w filmie. Na plus za to możemy zaliczyć stylowe zdjęcia Pawła Edelmana - ale to fachowiec wysokiej klasy. Na nim zawsze można polegać (vide fenomenalne zdjęcia do Pianisty).


Honoru Katynia broni obsada

Katynia broni solidna obsada (z jedną małą wpadką - drewniany Paweł Małaszyński to totalne nieporozumienie). Najlepsze kreacje odgrywają tu Andrzej Chyra i Maja Ostaszewska, a Englert, Cielecka, Stenka dobrze ich uzupełniają. Jednak konia z rzędem temu, kto powie, która z tych postaci faktycznie jest pierwszoplanowa.


Katyń - mogło być arcydzieło, jest dobry film

Szkoda, że z Katynia nie powstało wielkie dzieło. Ale cieszy jednak fakt powrotu Wajdy do lepszej reżyserskiej formy. Daje to nadzieję, że nadchodzący Wałęsa Człowike z nadziei naprwadę spełni nasze nadzieje na wielkie kino. Miejmy nadzieję, że tym razem Wajda bardziej przyłoży się do scenariusza.

Nagrody: nominacja do Oscara 2008 za najlepszy film zagraniczny, 7 Orłów 2008 w tym za najlepszy film (co ciekawe Orła nie dostał Wajda za reżyserię)

fidelio de krytyk ocenia: 3/5

+ mocna reżyseria, wstrząsający finał filmu
+ solidna obsada
+ stylowe zdjęcia Edelmana

- źle pomyślana fabuła, za dużo postaci
- taka sobie ilustracja muzyczna



Kiedy: 17 września, 20:25 w TVP Historia

Mariusz Koryszewski

poniedziałek, 16 września 2013

Wesele z 2004 roku czyli miałeś chamie srebrną furę... Czy to najlepszy polski film dekady?

Oglądaj w sieci: Wesele na iplex


Wesele Wojciecha Smarzowskiego z 2004 roku to ostry, bezkompromisowy obraz polskiej wsi z początku XXI wieku. Film rozpoczyna się wielkim słowami, ślubem, a w trakcie odkrywamy prawdę schowaną pod pozorami. Smarzowski - reżyser i scenarzysta - w swoim autorskim dziele demistyfikuje tu bezwzględnie tradycję i frazesy, pod którymi kryje się rozlewająca się hipokryzja, zwykłe brudy i kombinacje. Największą siłą filmu jest znakomite aktorstwo - zwłaszcza Marian Dziędziel w roli Wojnara, który gra tu pierwsze skrzypce. Na uwagę zasługuje też atrakcyjna i utalentowana Tamara Arciuch. Plus mocna obsada w drugim planie... I jeszcze ta oprawa muzyczna z Białym Misiem na czele w wykonaniu Tymona Tymańskiego. Chce się iść na takie wesele. Znakomite kino, jakie rzadko zdarza się w Polsce.


Wesele - polska tradycja w alkoholowych oparach

Najbardziej niezapomniana dla mnie scena z tego filmu, to ta kiedy w środku nocy spojeni do nieprzytomności alkoholem goście zaczynają śpiewać patriotyczną Rotę... Nie rzucim ziemi... Bezcenna scena - doskonałe podsumowanie polskiego charakteru narodowego.


Wesele z 2004 roku to jeden z najlepszych polskich filmów dekady. Już w swoim debiucie Smarzowski pokazał, że będzie jednym z najlepszych polskich twórców współczesnych, co zresztą potwierdził w swoich kolejnych filmach (Dom zły czy ostatnio Drogówka).

Wesele Smarzowskiego kontra Wesele Wajdy?

Jedna uwaga - Smarzowski nie robił adaptacji dramatu Wyspiańskiego i jednocześnie nie jest więc to remake Wesela z 1972 roku, ale tu i ówdzie widać jednak subtelne nawiązania. Obsypany nagrodami komediodramatowi z 2004 roku udało przebić poziomem nawet klasyczne Wesele Wajdy z 1972 roku. Wesele Smarzowskiego jest bardziej stylowe, bezbłędnie wyreżyserowane, można oglądać je setki razy, a w filmie Wajdy zdarzały się jednak nużące momenty , przegadane sceny - po prostu siadało napięcie mimo wizualnego zacięcia.


Dla kogo Wesele: dla tych, którzy kochają i dla tych, którzy nienawidzą chodzić na polskie wesela

Nagrody:
Orzeł 2005 za Najlepszy film, Najlepszy aktor (Marian Dziędziel), Najlepsza drugoplanowa aktorka (Iwona Bielska), Najlepsza reżyseria, Najlepszy scenariusz, Najlepsza muzyka + Nagroda publiczności
Złote Lwy 2004 - Najlepszy aktor (Marian Dziędziel), Nagroda Specjalna Jury za najlepszy film


fidelio de krytyk ocenia: 4/5

+ znakomicie napisany scenariusz - Polska w pigułce podczas jednego wesela
+ fenomenalna gra aktorska - Marian Dziędziel aktorskim odkryciem
+ oprawa muzyczna - Biały Miś w wykonaniu Tymona Tymańskiego daje czadu
+ bezkompromisowość Smarzowskiego w obnażaniu polskich wad (ta scena z śpiewaniem Roty bezcenna)

- niezłe zdjęcia jednak trochę odstają od doskonałego poziomu całego filmu

Kiedy: Niedziela, 20:30 w TVP Kultura
Film także dostępny na iplex.

Mariusz Koryszewski

niedziela, 15 września 2013

Kogel Mogel czyli Galimatias - PRL w pigułce i obyczajowy pazur Ilony Łepkowskiej z lat 80.

Oglądaj w sieci: Kogel Mogel na YouTube
Oglądaj w sieci: Galimatias czyli Kogel Mogel 2 na YouTube


Z czym kojarzy się Wam Kogel Mogel? Nie, to nie tylko słodki smakołyk - utarte jajko z cukrem - ale przede wszystkim popularny polski film z końca lat 80. Kogel Mogel to jeden z najlepszych obrazków z PRL-u. Porządna obyczajówka utrzymana w komediowym tonie. Chociaż minęło ćwierć wieku, to dzisiaj zaskakująco wciąż możemy przejrzeć się w tych postaciach i sytuacjach jak w lustrze, a raczej w krzywym zwierciadle.


Kogel-mogel to dość ciekawy obrazek obyczajowy z czasów końca PRL. Film o Polakach po prostu. Atutami tej komedii obyczajowej jest zwłaszcza rola Grażyny Błęckiej-Kolskiej oraz tytułowa, wpadająca w ucho piosenka i sprytnie napisany scenariusz z życia. Jest więc życiowo i jest komediowo.

Oglądaj w sieci:Galimatias czyli Kogel Mogel 2 na YouTube


Jako, że Polacy polubili bohaterów Kogla Mogla, szybko powstał sequel. Galimatias to całkiem niezła kontynuacja Kogla Mogla - jeżeli podobała się wam pierwsza część, spodoba się też sequel. Trzeba przyznać, że ta przerysowana Polska końca lat 80 dobrze bawi. A jednocześnie stanowi ciekawe świadectwo obyczajowe tamtych czasów. Tu i ówdzie można znaleźć nawiązania do popularnej serii Sami swoi Chęcińskiego.

Ilona Łepkowska - od Kogel Mogel do M jak miłość

Mało kto zwraca na to uwagę, ale w sukcesie tych dwóch filmów palce maczała Ilona Łepkowska, która w latach 90. zasłynęła z napisania takich hitowych seriali TV jak Klan czy M jak Miłość. Ale to właśnie w latach 80. pokazała ostry pazur w obyczajowych tematach, będąc uważnym obserwatorem życia. I to w dużej mierze jej cięte dialogi i opisywane sytuacje z życia stanowiły o sukcesie tej dylogii. To jest to, co dało sukces tym filmom. Ale w przeciwieństwie do popularnego Nigdy w życiu z 2004 roku - Kogel Mogel i Galimatias to nie są filmy sztuczne, wysilone - mają swój urok i do dzisiaj nieźle się je ogląda, chociaż trzeba przyznać, że momentami potrafią już trącić myszką.


Słynny cytat: Kogo kochasz? Mamusię czy tatusia? Kasię!

Dla kogo: dla miłośników obyczajowych obrazków z PRL i tych, którzy z nostalgią spoglądają w tamte czasy

fidelio de krytyk ocenia: 3/5

Kogel Mogel (1988) i Galimatias czyli Kogel Mogel 2 (1989)

+ zabawny scenariusz i cięte dialogi
+ nastrojowa piosenka przewodnia
+ urocza Grażyna Błęcka-Kolska

- taka sobie reżyseria Załuskiego
- mierne zdjęcia

Mariusz Koryszewski

Kiedy: Niedziela, 12.10 w TVP2

poniedziałek, 9 września 2013

Grawitacja – czyżby najbardziej kosmiczny kosmos w historii kina?


Czy jak oglądacie filmy SF to nie zastanawiacie się czasami dlaczego wszystko w tym kosmosie jest takie dziwnie znajome? Pamiętacie totalny realizm 2001 Odysei kosmicznej Kubricka?
To chyba pierwsze Gwiezdne Wojny z 1977 roku sprawiły, że kosmos stał się dla nas dzisiaj tym czym jest w wielkich niewiele mających wspólnego z nauką widowiskach - pełen dźwięków, kolorów, świateł itd. Pamiętam jak oglądałem jako dziecko Nową Nadzieję, a w finałowym szturmie na Gwiazdę Śmierci pojazdy kosmiczne zachowywały się jak myśliwce z czasów drugiej wojny światowej. Dźwięk silników, wybuchy, odgłos blasterów, manewry myśliwców - jakby była tam ziemska atmosfera a zamiast galaktycznych rebeliantów Imperium Zła atakował dywizjon 303. I wszędzie była obecna ziemska grawitacja. Brakowało tylko chmur (ale to dodali w następnych filmach). Wtedy jeszcze mój umysł dziecka nie stawiał oporu, a ja jak wielu innych byłem zachwycony tym widowiskiem.



Kosmos jest ciemny, cichy, zimny, martwy… ale czemu nie w filmach?

I dopiero po czasie zauważyłem, że w tym kosmosie to wcale nie jest tak jak sobie wyśnił papa Lucas. Tymczasem w kosmosie jest wręcz vice versa. Kosmos, jest ciemny, cichy, zimny, martwy i zdecydowanie nie jest specjalnie widowiskowy. Ale jest fascynujący, bo inny niż nasza Ziemia. Niewiele filmów SF próbuje naprawdę pokazać kosmos takim, jakim jest - zamiast przenosić nam ziemskie reguły w kosmiczne przestrzenie strać się pokazać fabułę filmu w bardziej naukowych.

Grawitacja to najlepszy kosmiczny film w historii - powiedział J. Cameron.

Jeżeli Grawitacja, najnowszy film Alfonso Cuarona, faktycznie jest tak znakomity jak twierdzą recenzenci (obecnie 100 proc. pozytywnych opinii! na Rotten Tomatoes) i sam James Cameron, jeżeli faktycznie pokazuje wiarygodnie kosmos, zgodnie z realiami naukowymi to będzie to prawdziwa kinowa uczta nie tylko dla oczu i uszu, ale także dla mózgu. Powrót do kina SF, takim jakim powinno być.

Więcej o filmie możecie przeczytać w artykule Variety.

Mariusz Koryszewski - fidelio de krytyk